Wchodzę, ściągam buty

Gdy wolontariuszka ROZPOCZYNAJĄCA PRACĘ W HOSPICJUM STWIERDZA, ŻE NA PIERWSZYM SPOTKANIU Z RODZINĄ, W KTÓREJ JEST CHORE DZIECKO, TRZEBA USIĄŚĆ, SŁUCHAĆ I ŁĄCZYĆ SIĘ Z NIMI W SMUTKU, ILONĘ RAKOWSKĄ AŻ ZATYKA. BO CHOĆ CZĘSTO PŁACZE RAZEM Z RODZICAMI PODOPIECZNYCH, TO PRZEDE WSZYSTKIM CHCE WNOSIĆ DO ICH DOMÓW POZYTYWNĄ ENERGIĘ

Ilona Rakowska przekonuje, że wspieranie innych daje mnóstwo pozytywnej energii

Ta historia ma kilka początków. Można ją zacząć od Juleczki. Ośmiolatki, która jeszcze w czerwcu zeszłego roku normalnie chodziła do zerówki, a w sierpniu, kiedy Ilona po raz pierwszy ją widzi, leży w łóżku i nie ma z nią żadnego kontaktu. To przy niej Ilona uczy się, jak obsługiwać koncentrator tlenu i ssak. Możemy też cofnąć się o 10 lat. Ilona Rakowska pracuje w agencji reklamowej, a jej córka razem z kolegami z klasy odwiedza chorą na nowotwór dziewczynkę, którą opiekuje się hospicjum. Córka Ilony jest pod ogromnym wrażeniem i wciąż opowiada, że jej rówieśniczka jest strasznie fajna, miła i można z nią o wszystkim pogadać. Ilona jest tak tym poruszona, że zaczyna finansowo wspierać hospicjum i namawia do tego znajomych. Ale cofnijmy się jeszcze o kilkanaście lat. Ilona od dzieciństwa marzy, by zostać lekarzem. Robi maturę i idzie na medycynę. Poznaje swojego przyszłego męża, przeprowadza się ze Śląska do Warszawy. Bierze ślub, rodzi pierwszą córkę. I, jak sama przyznaje, trochę przypadkowo trafia na studia ekonomiczne w Szkole Głównej Handlowej. Na ostatnim roku idzie na dwutygodniowe zastępstwo do małej agencji reklamowej. Zostaje tam na kolejne 12 lat, rozwijając się wraz z firmą. Przez ostatnie sześć lat jest prezesem polskiego oddziału i współpracownikiem belgijskiej centrali tej korporacji. Po urodzeniu drugiej córki bierze trzy tygodnie wolnego. I znów pracuje przez 12–14 godzin dziennie, czasem dwa–trzy tygodnie w miesiącu spędzając za granicą. – Rok temu, przed wakacjami, odeszłam z pracy – zaczyna swoją opowieść Ilona Rakowska.

NA GŁĘBOKĄ WODĘ

Najpierw postanowiła wrócić na studia medyczne albo chociaż zrobić kurs ratownictwa. Spotkała się też z Łukaszem Strojnowskim koordynującym pracę wolontariuszy w Fundacji Warszawskie Hospicjum dla Dzieci. Wcześniej, kiedy pracowała, próbowała się z nim umówić, ale nic z tego nie wychodziło. – Pierwsze wrażenie było piorunujące. Jakbym znalazła się w innym świecie. Tak bardzo chciałam stać się członkiem ich zespołu, że natychmiast poszłam na trzydniowe obowiązkowe szkolenie – śmieje się Ilona. – Zespół hospicyjny spotyka się na codziennych odprawach, podczas których omawiamy bieżące sprawy, dyskutujemy, planujemy dzień. Wracamy o 15 i rozmawiamy o problemach, jakie się pojawiły. Wolontariusz, by zacząć samodzielną pracę, musi spędzić z nami minimum trzy pełne dni – być na odprawach i jeździć do rodzin z lekarzami i pielęgniarkami – tłumaczy Łukasz Strojnowski. I tak Ilona trafia do Juleczki. – To był skok na głęboką wodę. Miałam wtedy dużo czasu, bo dopiero myślałam o założeniu własnej firmy. Spędzałam u Julki cztery dni w tygodniu, od 9 do 15. I obie z jej mamą miałyśmy pełne ręce roboty. Wszystkiego musiałyśmy się razem uczyć. Podanie łyżeczką 100 ml przetartego posiłku zajmowało nawet 45 minut. Potem korzystałyśmy z sondy. Wypadała, my obydwie w histerii – śmieje się teraz Ilona. – To była ciężka fizyczna praca: ona miksowała, ja karmiłam, ja odsysałam, ona dezynfekowała sprzęty. Jak była chwila przerwy, to coś Julce czytałam, głaskałam ją po głowie. A jej mama miała wtedy pół godziny dla siebie – dodaje. Stan Julki, wbrew wszelkim rokowaniom, w ciągu trzech miesięcy bardzo się poprawił. Teraz mówi nawet pojedyncze sylaby. – Poznały się z moją córką i zaprzyjaźniły. Julka wie, który pluszak jest prezentem od Lusi, na jej widok jest przeszczęśliwa – mówi Ilona.

POWIEDZIEĆ "NIE"

– Juleczka, Majka, mój ukochany Mateuszek który już zmarł, Zosia i Ksawery. Jego pogrzeb był kilka dni temu – Ilona Rakowska opowiada po kolei o wszystkich podopiecznych. Odkąd otworzyła szkołę tańca – bo taniec zawsze był jej pasją – ma dla swoich rodzin mniej czasu, ale stara się przynajmniej raz w tygodniu kogoś odwiedzić. Męczyły ją wyrzuty sumienia, że nie daje z siebie więcej, ale hospicyjna psycholożka wyjaśniła, że trzeba umieć mówić "nie" i dbać o swój komfort. – Ważne, by zachować równowagę, nie zaniedbać pracy i prywatnego życia. Bo inaczej łatwo się wypalić. Musimy siebie uważnie obserwować i sprawdzać, czy ciągle czujemy entuzjazm i chcemy pomagać, czy raczej zaczynamy traktować wolontariat jako obowiązek – tłumaczy Łukasz Strojnowski, który nim został koordynatorem, sam przez cztery lata był wolontariuszem w hospicjum. – Trudno czasem się przyznać, że potrzebujemy przerwy i odpoczynku. Trzeba się nauczyć mówić o problemach, o tym, co nas gryzie, co nie daje spokoju – dodaje. – Kiedy umarł Mateuszek – mówi Ilona – Łukasz pod jakimś pretekstem ściągnął mnie do fundacji. Dopiero potem się zorientowałam, że chcieli sprawdzić, jak sobie radzę. Pochylili się nade mną, pomogli przeżyć żałobę.

DWA ŚWIATY

– Jak ktoś się dowiaduje, że pomagam w hospicjum, zapada pełna szacunku cisza. Niektórzy mówią coś w rodzaju: "Ojej, jaka ty dzielna". A przecież rodziny, w których są chore dzieci, powinny być normalnie traktowane – tłumaczy Ilona Rakowska. Widzi, jak z ich horyzontu znikają kolejni znajomi, ciotki, siostry, kuzyni. W dobrej wierze, bo nie chcą przeszkadzać. I ci ludzie zostają sami, nikt nie wpada już do nich na kawę i pogaduszki. – Ta izolacja jest dla nich dodatkowym obciążeniem – dodaje. Jej zdaniem wystarczy od środka zobaczyć, jak funkcjonuje hospicjum, by przestać się bać. – Wspieranie innych daje mnóstwo pozytywnej energii. Trzeba się nastawić na to, że dzieci umierają, a póki są, robić wszystko, by ich życie było jak najlepsze – mówi Ilona. Hospicjum ma pod opieką średnio 30 dzieciaków mieszkających w Warszawie i w promieniu około 100 km od stolicy. Są maluszki, przy których wystarczy wykonywać czynności pielęgnacyjne, ale są też starsze dzieci, które można zabrać do kina, na spacer, pograć z nimi na komputerze czy poczytać im książki. I odciążyć rodziców, by mieli chwilę dla siebie. – Moja firma i hospicjum to dwa różne światy. Jeden jest odskocznią od drugiego. Mogę się rzucić w wir pracy albo wyrwać z tego rwetesu, pojechać do zaprzyjaźnionej rodziny, w progu ściągnąć buty, położyć torebkę przy drzwiach, by nie słyszeć telefonu. I wejść – mówi Ilona.

Fundacja Warszawskie Hospicjum dla Dzieci od 2001 r. zajmuje się opieką nad nieuleczalnie chorymi dziećmi w ich domach, kompleksowo wspiera ich rodziny, także w okresie żałoby, oraz rozwija i propaguje model domowej opieki paliatywnej, organizując kursy dla lekarzy i pielęgniarek oraz pomoc dla nowo powstałych hospicjów. Od 2004 r. jest organizacją pożytku publicznego.www.hospicjum.waw.pl

Loocas Dance Center to nowo powstałe centrum tańca i rekreacji sportowo-ruchowej mieszczące się na warszawskich Kabatach.www.loocasdance.pl